Plany na Izrael

Jedną z niewykorzystanych okazji, jaką dawał mi długi pobyt w Iranie, było bliższe zapoznanie się z tamtejszym zróżnicowaniem językowym. Wprawdzie dowiedziałem się tego-owego-nowego o gilaki, różnych odmianach kurdyjskiego, czy isfahańskim perskim, ale w porównaniu do tego, co być mogło – to mało.

Tu stawiam sobie cele skromne, ale -mam nadzieję- bardziej realistyczne, a mianowicie … dowiedzieć się czegoś (i coś napisać) o dwóch spośród wielu używanych w Izraelu języków.

Continue reading “Plany na Izrael”

Typology of ethnic slurs – a sketch

I am interested, as you may’ve noticed, in many things linguistic, but verbal aggression is one of my special interests. Not that I am advocating it, but I find it fascinating how creative a man can be when it comes to denigrating, offending or hurting his fellows.

Interestingly in multicultural societies of much of the modern Western world, it is the race/etnicity slurs which carry the strongest taboo. There seems to be a sort of historical progression in terms of ‘strong language’, starting from proper swears, that is invocation of religious themes and ill-wishes (wishing somebody’s death or disease), then going through matters related to defecation and procreation, and finally arriving at the present state, where it is the ethnicity/race that has the most shock value. You can pepper your sentences with “shit” and “fucking” all you like and still pass for a subtle intellectual, but if you use the n-word, boy, you’ll get some attention.

Below you can find the beginnings of my typology of ethnic slurs with an emphasis on odd, old-fashioned, no longer too malicious ones. I am eager to learn more and wait for similar ‘national nicknames’ from your own language that I could put in here. Note, though that the stuff related to “race” (as if such thing existed), doesn’t interest me that much, nations do.

Continue reading “Typology of ethnic slurs – a sketch”

Kto pyta…

Dziś stary post z nieaktywnego już bloga peterlinpl poddany pewnym poprawkom i uzupełnieniom. O tym, że jeśli nie zapyta się w odpowiedni sposób, to wprawdzie otrzyma się odpowiedź, ale niemalże bezużyteczną.Motto:

Dyplomatycznie wybadałem ich stanowisko metodą  pytania wprost

– powiedzenie em-es-zet-owskie


 

Kto pyta… ten czasem błądzi. Podróżując po Azji Środkowej, Iranie czy innych rejonach świata czasem ma się niemiłe wrażenie, że choć niby wszyscy wszystko wiedzą, to każdy strasznie kręci. Siedzi sobie tubylec pod wiatą przystanku, podchodzisz, pytasz kiedy autobus. W odpowiedzi streszcza ci cały rozkład, bardzo uczynny i miły. Tylko potem okazuje się, że ostatnie połączenia zlikwidowano dziesięć lat temu.

Problem w tym, że dla wielu ludzi przyznanie się do niewiedzy (i to wobec cudzoziemca, który z definicji jest zagubionym dziwakiem potrzebującym pomocy) równa się niesprostaniu oczekiwaniom, utracie twarzy. Pyta mnie, znaczy – powinienem wiedzieć.

Sytuacje turystyczne to w tym tekście tylko pretekst – nie chodzi mi o dawanie na nie recepty, bo chyba takiej nie ma. Chciałbym raczej zwrócić uwagę na, chyba dość rzadko uświadamiane, duże zróżnicowanie sposobów w jakie poszczególne  kultury traktują pytania.

Otóż różnią się one między sobą nie tylko tym o co wypada pytać (np. u jednych grzecznie jest pytać o zarobki/wiek/stan cywilny świeżo poznaną osobę, u innych robić tak nie bardzo wypada a u innych wreszcie – bardzo nie wypada), ale i czy w ogóle się pyta. W kulturze w której nie wypada odpowiedzieć „nie wiem” – a zjawisko to można dojrzeć już na Bałkanach – ludzie grzeczni nie zadają pytań, na które rozmówca może nie znać odpowiedzi, typu „a co to za człowiek, ten tam?” tylko mówią „o, ktoś tam jest”. Różnica? Pierwsza wersja domaga się konkretnej odpowiedzi, więc skłania by ją na poczekaniu wymyśleć. Z kolei druga pozostawia rozmówcy swobodę – może powiedzieć „tak faktycznie, teraz widzę”, może „a, widziałem go już tu kilka razy, przyjeżdża na targ” może też „aaa, znam, znam, to taki-to-a-taki” – i w każdym przypadku będzie to sensowny wkład do rozmowy. Niczyja godność ani samoocena nie zostają naruszone.

Są też języki i kultury, np. australijskie, w których model prowadzenia dyskusji praktycznie nie przewiduje czegoś tak osaczającego jak bezpośrednie pytanie, które ma tam mniej więcej taką konotację emocjonalną jak u nas odpytywanie przy tablicy czy przesłuchiwanie (= naprawdę nic miłego). Co ciekawe, w wielu tamtejszych językach, odpowiedniki słów typu „kto?” „co?” „dlaczego?” znaczą w istocie „ktoś” „coś” „z jakiegoś powodu”. Nie „dlaczego to zrobiłeś?” tylko „zrobiłeś to z jakiegoś powodu”. Obowiązującą zasadą nie jest proszenie o konkretną informację, ale jedynie sygnalizowanie luk własnej wiedzy.

***

I uzupełnienie – dwukrotnie zetknąłem się z przejmującymi opisami życiowych trudności, czy wręcz tragedii, na jakie naraża rdzennych Australijczyków nieprzystawalność ich sposobu komunikacji do tego używanego przez otaczający ich zewsząd świat anglojęzyczny.

Po pierwsze, zaobserwowano podobno silną tendencję do przyznawania się przez zatrzymanych przez policję Aborygenów do czynów przez siebie nie popełnionych. Bycie przesłuchiwanym jest tak wielkim stresem -m.in. ze względu na natarczywe pytania, oraz możliwość łamania kulturowych tabu (np. wymieniania imion osób nieżyjących, czego w większości kultur australijskich robić absolutnie nie wolno)- , że przyznanie się do czegokolwiek, byle tylko ten koszmar zakończyć, wydaje się sensownym rozwiązaniem. (Dochodzi do tego jeszcze wpojone przez lata przekonanie, że “biali i tak zrobią z nami co chcą” – ale to już kwestia pozajęzykowa)

Po drugie, wyczytałem gdzieś, że pośród Yolngu z Ziemii Arnhema (północna Australia) oczekiwana długość życia jest bardzo niska, bodaj około 50 lat, a przy tym większość ludzi umiera na stosunkowo łatwo wyleczalne (albo przynajmniej kontrolowalne) choroby typu gruźlica, cukrzyca czy chroniczne nadciśnienie; a wiele dzieci – z powodu infekcji, którym bardzo łatwo zapobiec. Rząd Australii od lat dotuje służbę zdrowia na terytoriach plemiennych, wysyła lekarzy i pielęgniarki, którzy przyjmują Yolngu za darmo, wyjaśniają podstawowe zasady higieny, przekazują lekarstwa, urządzają pogadanki, rozprowadzają broszury etc. Tylko że to niemal w ogóle nie działa. Yolngu słuchają uważnie zaleceń, ale się do nich nie stosują, a otrzymanych leków nie rozpakowują nawet – trafiają one albo do kosza na śmieci albo do rupieciarni. W wyniku tego większość lekarzy, którzy przyjeżdżają na te tereny powodowani chęcią pomocy, po jakimś czasie zaczyna uważać Yolngu za niebezpiecznych idiotów, którzy narażają życie własnych dzieci, a swoją pracę wśród nich za absolutnie pozbawioną sensu…

Okazuje się jednak, że problem, a przynajmniej duża jego część leży w języku. Yolngu są dość odizolowani od świata zewnętrznego i angielski znają dużo słabiej niż twierdzą, co oczywiście odbija się na zrozumiałości zaleceń lekarskich. Po drugie, przyznanie, że się czegoś nie rozumie mogłoby przez tych miłych ludzi, którzy chcą pomóc, być odebrane jako niewdzięczność, więc Yolngu się nie przyznają.

Później sprawy komplikują się jeszcze bardziej, bo część pielęgniarek i lekarzy zaczyna być kształcona spośród samych Yolngu, więc problemu komunikacji nie ma… Tyle że pozostaje problem kształcenia. Pielęgniarki Yolngu potrafią wyliczyć wiele rodzajów bakterii i rozwiązywać testy wiedzy medycznej, ale nie mają zielonego pojęcia np. jak działa antybiotyk. Nauczono ich formułek, których nie rozumieją. Zatem w obliczu choroby wciąż odwołują się do tego, co znają – medycyny tradycyjnej.

Istnieje od niedawna program prawdziwej edukacji medycznej prowadzony w Yolngu Matha (język Yolngu), który ma szansę poprawić sytuację, ale nie jest to takie proste…

***

A teraz, mała rewelacja dla tych, których dziwią czy śmieszą historie o ludziach mówiących “tak” dla świętego spokoju i nie przyznających się, że czegoś nie rozumieją, chociaż od tego zależy ich życie: ten sam mechanizm działa i u nas! Przypomnijmy sobie rozmowy z doradcą kredytowym czy inwestycyjnym, ubezpieczycielem, konsultantem sprzedaży firmy telekomunikacyjnej…  Kto czyta ze zrozumieniem wszystkie podpisywane dokumenty i dokładnie wie, na co się godzi? Czy nie jest tak, że większość ludzi przyjmuje w takich sytuacjach albo strategię “skoro pan/pani mówi że tak będzie najlepiej…” albo w wariancie negatywnym – “nie, nie chcę, nie potrzebuję, nie bo nie”?