Jak się uczyć?

Jak się uczyć języków?

Nie ma cudownej metody, są ogólne zasady. Krótko mówiąc, należy uczyć się: regularnie, wytrwale, samodzielnie i jak najmniej.

Regularność

Nie ma co się rozwodzić: 30 minut nauki cztery razy w tygodniu przynosi lepsze efekty niż dwie godziny raz w tygodniu. Repetitio est mater studiorum i tyle. Żeby pamiętać, trzeba powtarzać, a żeby powtarzanie było skuteczne, musi odbywać się regularnie (i wiemy nawet mniej więcej jak regularnie – za SuperMemo, ANKI i innymi systemami stoją solidne podstawy naukowe).

Wytrwałość

Podobnie jak efekty miesięcznej pracy nad sylwetką na siłowni znikają szybko, gdy się zarzuci ćwiczenia, tak i nawet najbardziej intensywny wysiłek włożony w naukę języka nie przyniesie niemal niczego, jeżeli nie będzie kontynuowany. Nauka języka (jeśli założymy, że chodzi o coś więcej niż nabycie podstawowych umiejętności komunikacyjnych) to zadanie na lata; kto twierdzi inaczej – zmyśla bądź bredzi.

Samodzielność

Nawet jeśli bierze się udział w jakichś zorganizowanych formach nauki, trzeba uczyć się samodzielnie. Podporządkowanie się rytmowi pracy całej grupy czy zakresowi jakiegoś egzaminu układa wprawdzie proces nauki w jakieś karby i pozwala prognozować wyniki (za dwa lata powinienem zdać CAE), ale jednocześnie przenosi środek ciężkości z umiejętności językowych (czy potrafię się dogadać w konkretnej sprawie, przeczytać co mnie interesuje) na egzamin, certyfikat, podręcznik (wow, przerobiłem już 40 lekcji!), które w prawdziwym świecie (tj. poza szkolną salą) są kompletnie nieistotne. Dodatkowo praca wyłącznie według programu układanego przez innych, przynosząc błogi spokój, negatywnie odbija się na wynikach. Odpowiednikiem tych fanów przerzucania żelastwa, którzy trening w trening odwalają nieśmiertelne 10 serii wyciskania na klatę i dziwią się, że muszą sięgać po farmakologię by osiągać przyrosty, są liczni przecież bywalcy szkół językowych, co to po 10 latach nauki nadal ani be, ani me. Tak jak w treningu siłowym należy zmieniać zestawy ćwiczeń, by mięśnie cały czas były stymulowane w nowy sposób, tak i w nauce języka należy poszukiwać samemu nowych wyzwań, żeby nauka nie była mechanicznym odbębnianiem, które i tak będzie nieskuteczne. Z samodzielnością związane jest też krytyczne myślenie, które bezwzględnie warto w sobie kształtować. Zamiast ślepo naśladować jakiś autorytet. Nie wierz na słowo nikomu, nawet samemu sobie (samego siebie najłatwiej oszukać). Weryfikuj zarówno to, co twierdzą inni, jak i to, co jak Ci się wydaje, wiesz.

Uczyć się jak najmniej

By uniknąć częstej w blogosferze fetyszyzacji procesu uczenia się czyli koncentrowania się na technikach nauki dajmy na to hiszpańskiego [to niekończące się rozprawianie – oczywiście po polsku – który podręcznik lepszy, jak ustawić cykl nauki, czy stosować shadowing, stawiać input przed outputem czy odwrotnie…], należy jak najmniej się uczyć. Jak najwięcej za to – używać języka, którego się uczymy, tam gdzie nas to interesuje i jest nam potrzebny. Interesuję się irańskim filmem – dlaczego nie sprawdzę, co w Iranie pisze się o Farhadim, albo co leci w kinach w Teheranie? Samo poszukiwanie sposobów jak sprawdzić repertuar irańskich kin może być świetnym ćwiczeniem nie tyle z języka ile z kreatywności w wyszukiwaniu informacji. Jeśli zaś nie ma takiej rzeczy, do której dany język jest potrzebny – to po jaką cholerę się go w ogóle uczyć? Oczywiście, takie podejście jest trudne i wiąże się z przysłowiowym skokiem na głęboką wodę, ale cóż – tej wody i tak nam nikt nigdy nie spłyci. Przejście od kursu i podręcznika do prawdziwego używania języka to trochę jak przeskok od wyciskania na ławeczce do wnoszenia lodówki na piąte piętro czy od treningu karate do ulicznej bójki na poważnie (czyli trening pomaga, ale bynajmniej nie daje gwarancji powodzenia – i czarny pas może porządnie oberwać, a lodówka, w przeciwieństwie do sztangi, potrafi być złośliwa). Trzeba zatem jak najszybciej zacząć ‘sparować’ w warunkach kontrolowanych, ale jak najbardziej podobnych do rzeczywistych.

Umysł jako mięsień

Odniesienia do siłowni znalazły się tu głównie dlatego, że mnie bawią i nie do końca biorę je poważnie, ale mimo wszystko uważam, że są przynajmniej częściowo uprawnione. Podobne analogie nie ograniczają się zresztą do treningu siłowego – jeśli ktoś np. chce biegać maratony w dobrym czasie musi postępować według z grubsza tych samych zasad (biegać regularnie, przez dłuższy czas, modyfikować plany treningowe według własnych potrzeb, wreszcie – startować w zawodach, bo wyników uzyskiwanych w samodzielnym biegu nie da się wprost przełożyć na prawdziwy maraton – biegi masowe mają swoją specyfikę, związaną np. z tłokiem na trasie), które sformułowane tak ogólnie, dotyczą, jak mi się wydaje, procesu nabywania i utrwalania jakichkolwiek umiejętności.

O co tak naprawdę chodzi (moim zdaniem)

Na koniec niespodzianka. I w sporcie, i w językowaniu to nie rezultat jest najważniejszy. Cóż takiego jest czy też moim zdaniem może być ważniejsze od nabytych umiejętności językowych czy osiągniętego poziomu sprawności? Po pierwsze, wynikająca z ‘sukcesu’ lepsza samoocena i większa pewność siebie. Ludzie pewni siebie (nie mylić z pyszałkami – arogancja i zarozumialstwo, to sposoby rekompensowania niskiej samooceny, a nie symptomy wysokiej) są fajniejsi dla siebie i innych. Po drugie, i pewnie ważniejsze, ukształtowane przez zdyscyplinowaną naukę bądź trening właściwości osobowości czy charakteru. Sumienność, obowiązkowość, wytrwałość, nawyk samodzielnego i krytycznego myślenia czy sama umiejętność uczenia się to cechy dużo istotniejsze (i dla potencjalnego pracodawcy i w życiu osobistym) niż przysłowiowy „biegły angielski”. Inaczej mówiąc, w nauce języków chodzi (czy chodzić powinno), nie tyle o same języki ile o kształtowanie charakteru.

 

 

This entry was posted in Uncategorized and tagged , . Bookmark the permalink.