تعارفات ايراني or The Iranian ways of courtesy

تعارفات [ta’ārofāt] is a Persian word meaning ‘courtesies, polite formulas and expressions’. As Persian society is a very politeness-conscious one (and loquacious, too), the Persian language is exceptionally rich in polite, formal ways of saying things. Without knowing them it is virtually impossible to survive in the Iranian society. This page is an attempt to gather and list for your reference all I know about Persian verbal etiquette. Some of the expressions may seem poetic, or perhaps even baroque, be sure though that in Persian they sound perfectly natural. Be also warned, that often they are almost deprived of ‘real’ meaning and used just rhetorically.

Continue reading “تعارفات ايراني or The Iranian ways of courtesy”

Don’t be so ę-ą!

One of my many language-related interests is a certain focus on expressive vocabulary – those little words the meaning of which is so hard to describe, yet without them a sentence sounds bland. I mean by that the ideophones, the particles, the sound-symbolism…

Here, in this post’s title there’s one bit of expressive Polish for you, but first some explanations. As you probably know, Polish is unique among Slavic languages in that it has retained nasal vowels – a nasal /E/ written by ę, and a nasal /O/ written by ą (sic!).

The point is, these are not as much nasal as, say, the French nasal vowels. Since quite a long time our nasals are pronounced as a combination of regular oral vowel and a some kind of nasal sound (m, n, ng or a nasal glide; depending on what sounds come next – if you’re interested I can provide the examples later). Even more – ę at the end of the word is pronounced either with a slight hint of nasality only, or – more commonly – as a regular, oral e /E/.

An added twist is that in some rural (and proletarian) dialects, the nasality of “nasal” vowels has disappeared altogether. This means that if you pronounce them with no nasality in all positions (as I said before, ę normally loses nasality at the end of the word) you sound a bit boorish and uneducated. As a consequence, many people coming from lower social strata, who grew up without nasal vowels try hard to acquire them and -sometimes- overdo the nasality. This – in turn – makes them sound ostentatious, pretentious and “I-think-I’m-better-than-you”.

And this is where we get to this post’s title: “Nie bądź taki ę-ą / Don’t be so ę-ą” means “don’t be so stuck up, don’t insist so much on maintaining ‘proper’ forms”. Overdone ę and ą sounds apart from the “nouveau riche” effect described above (people betraying their origins by trying too hard to hide them) are also associated with the French (who have a reputation of being fancy-shmancy people) and our aristocracy (no longer with us, fortunately), and used often in mocking the speech of those groups.

***

Bonus:

Another stereotypical characteristic of posh aristocratic Polish was  r grasseye or Parisian r (they were usually educated in French), in place of normal Polish r which is pronounced as in Italian.

In writing (eg. in jokes) this pronunciation is represented by replacing r with h or – more commonly – ł (= English w), as in the following silly joke:

Count to his manservant:
Zasłałem łóżko = I made up my bed
Manservant:
To bardzo dobrze, panie hrabio = That’s very good, Mr. Count
Count:
Oj, nie bałdzo = Oh, not very much

What’s supposed to be funny here, you ask? The count’s last line has bałdzo instead of bardzo “very; very much; a lot”, which betrays that he speaks with that posh accent. Now, knowing this, let’s go back to his first line: zasłałem means “I made up (a bed)”, but with reversal of the count’s speech pattern we get zasrałem which means “I shat all over”.

Silly, I know, but I kind of like it.

Kto pyta…

Dziś stary post z nieaktywnego już bloga peterlinpl poddany pewnym poprawkom i uzupełnieniom. O tym, że jeśli nie zapyta się w odpowiedni sposób, to wprawdzie otrzyma się odpowiedź, ale niemalże bezużyteczną.Motto:

Dyplomatycznie wybadałem ich stanowisko metodą  pytania wprost

– powiedzenie em-es-zet-owskie


 

Kto pyta… ten czasem błądzi. Podróżując po Azji Środkowej, Iranie czy innych rejonach świata czasem ma się niemiłe wrażenie, że choć niby wszyscy wszystko wiedzą, to każdy strasznie kręci. Siedzi sobie tubylec pod wiatą przystanku, podchodzisz, pytasz kiedy autobus. W odpowiedzi streszcza ci cały rozkład, bardzo uczynny i miły. Tylko potem okazuje się, że ostatnie połączenia zlikwidowano dziesięć lat temu.

Problem w tym, że dla wielu ludzi przyznanie się do niewiedzy (i to wobec cudzoziemca, który z definicji jest zagubionym dziwakiem potrzebującym pomocy) równa się niesprostaniu oczekiwaniom, utracie twarzy. Pyta mnie, znaczy – powinienem wiedzieć.

Sytuacje turystyczne to w tym tekście tylko pretekst – nie chodzi mi o dawanie na nie recepty, bo chyba takiej nie ma. Chciałbym raczej zwrócić uwagę na, chyba dość rzadko uświadamiane, duże zróżnicowanie sposobów w jakie poszczególne  kultury traktują pytania.

Otóż różnią się one między sobą nie tylko tym o co wypada pytać (np. u jednych grzecznie jest pytać o zarobki/wiek/stan cywilny świeżo poznaną osobę, u innych robić tak nie bardzo wypada a u innych wreszcie – bardzo nie wypada), ale i czy w ogóle się pyta. W kulturze w której nie wypada odpowiedzieć „nie wiem” – a zjawisko to można dojrzeć już na Bałkanach – ludzie grzeczni nie zadają pytań, na które rozmówca może nie znać odpowiedzi, typu „a co to za człowiek, ten tam?” tylko mówią „o, ktoś tam jest”. Różnica? Pierwsza wersja domaga się konkretnej odpowiedzi, więc skłania by ją na poczekaniu wymyśleć. Z kolei druga pozostawia rozmówcy swobodę – może powiedzieć „tak faktycznie, teraz widzę”, może „a, widziałem go już tu kilka razy, przyjeżdża na targ” może też „aaa, znam, znam, to taki-to-a-taki” – i w każdym przypadku będzie to sensowny wkład do rozmowy. Niczyja godność ani samoocena nie zostają naruszone.

Są też języki i kultury, np. australijskie, w których model prowadzenia dyskusji praktycznie nie przewiduje czegoś tak osaczającego jak bezpośrednie pytanie, które ma tam mniej więcej taką konotację emocjonalną jak u nas odpytywanie przy tablicy czy przesłuchiwanie (= naprawdę nic miłego). Co ciekawe, w wielu tamtejszych językach, odpowiedniki słów typu „kto?” „co?” „dlaczego?” znaczą w istocie „ktoś” „coś” „z jakiegoś powodu”. Nie „dlaczego to zrobiłeś?” tylko „zrobiłeś to z jakiegoś powodu”. Obowiązującą zasadą nie jest proszenie o konkretną informację, ale jedynie sygnalizowanie luk własnej wiedzy.

***

I uzupełnienie – dwukrotnie zetknąłem się z przejmującymi opisami życiowych trudności, czy wręcz tragedii, na jakie naraża rdzennych Australijczyków nieprzystawalność ich sposobu komunikacji do tego używanego przez otaczający ich zewsząd świat anglojęzyczny.

Po pierwsze, zaobserwowano podobno silną tendencję do przyznawania się przez zatrzymanych przez policję Aborygenów do czynów przez siebie nie popełnionych. Bycie przesłuchiwanym jest tak wielkim stresem -m.in. ze względu na natarczywe pytania, oraz możliwość łamania kulturowych tabu (np. wymieniania imion osób nieżyjących, czego w większości kultur australijskich robić absolutnie nie wolno)- , że przyznanie się do czegokolwiek, byle tylko ten koszmar zakończyć, wydaje się sensownym rozwiązaniem. (Dochodzi do tego jeszcze wpojone przez lata przekonanie, że “biali i tak zrobią z nami co chcą” – ale to już kwestia pozajęzykowa)

Po drugie, wyczytałem gdzieś, że pośród Yolngu z Ziemii Arnhema (północna Australia) oczekiwana długość życia jest bardzo niska, bodaj około 50 lat, a przy tym większość ludzi umiera na stosunkowo łatwo wyleczalne (albo przynajmniej kontrolowalne) choroby typu gruźlica, cukrzyca czy chroniczne nadciśnienie; a wiele dzieci – z powodu infekcji, którym bardzo łatwo zapobiec. Rząd Australii od lat dotuje służbę zdrowia na terytoriach plemiennych, wysyła lekarzy i pielęgniarki, którzy przyjmują Yolngu za darmo, wyjaśniają podstawowe zasady higieny, przekazują lekarstwa, urządzają pogadanki, rozprowadzają broszury etc. Tylko że to niemal w ogóle nie działa. Yolngu słuchają uważnie zaleceń, ale się do nich nie stosują, a otrzymanych leków nie rozpakowują nawet – trafiają one albo do kosza na śmieci albo do rupieciarni. W wyniku tego większość lekarzy, którzy przyjeżdżają na te tereny powodowani chęcią pomocy, po jakimś czasie zaczyna uważać Yolngu za niebezpiecznych idiotów, którzy narażają życie własnych dzieci, a swoją pracę wśród nich za absolutnie pozbawioną sensu…

Okazuje się jednak, że problem, a przynajmniej duża jego część leży w języku. Yolngu są dość odizolowani od świata zewnętrznego i angielski znają dużo słabiej niż twierdzą, co oczywiście odbija się na zrozumiałości zaleceń lekarskich. Po drugie, przyznanie, że się czegoś nie rozumie mogłoby przez tych miłych ludzi, którzy chcą pomóc, być odebrane jako niewdzięczność, więc Yolngu się nie przyznają.

Później sprawy komplikują się jeszcze bardziej, bo część pielęgniarek i lekarzy zaczyna być kształcona spośród samych Yolngu, więc problemu komunikacji nie ma… Tyle że pozostaje problem kształcenia. Pielęgniarki Yolngu potrafią wyliczyć wiele rodzajów bakterii i rozwiązywać testy wiedzy medycznej, ale nie mają zielonego pojęcia np. jak działa antybiotyk. Nauczono ich formułek, których nie rozumieją. Zatem w obliczu choroby wciąż odwołują się do tego, co znają – medycyny tradycyjnej.

Istnieje od niedawna program prawdziwej edukacji medycznej prowadzony w Yolngu Matha (język Yolngu), który ma szansę poprawić sytuację, ale nie jest to takie proste…

***

A teraz, mała rewelacja dla tych, których dziwią czy śmieszą historie o ludziach mówiących “tak” dla świętego spokoju i nie przyznających się, że czegoś nie rozumieją, chociaż od tego zależy ich życie: ten sam mechanizm działa i u nas! Przypomnijmy sobie rozmowy z doradcą kredytowym czy inwestycyjnym, ubezpieczycielem, konsultantem sprzedaży firmy telekomunikacyjnej…  Kto czyta ze zrozumieniem wszystkie podpisywane dokumenty i dokładnie wie, na co się godzi? Czy nie jest tak, że większość ludzi przyjmuje w takich sytuacjach albo strategię “skoro pan/pani mówi że tak będzie najlepiej…” albo w wariancie negatywnym – “nie, nie chcę, nie potrzebuję, nie bo nie”?

A blog to recommend

A friend of mine, Rémy LeBeau (unfortunately, it seems that’s not the name in his papers) apart from the very promising-but-hibernated blog on Pashto runs a blog which is generally worth reading.

One of his last entries, on the language situation in Afghanistan as well as disproportionate focus of Western academia on Iranian (actually Tehrani) Persian which in practice translates to neglect other varieties, deserves a particular attention, just as the article which prompted it (also on the language issue in Afghanistan but from the perspective of an US officer). Why? Because what they say rings true, and is quite rarely said.

My two cents:  On one hand, given the disparity between Iran and Afghanistan in population, economic potential, literacy levels and emigration patterns, it is no wonder most departments of Persian Language and Culture focus on Iran and Iranian Persian. Quite similar argument can be made for Dari vs. Pashto. However, the dangers of looking at people  only through the lenses of their neighbours’ language need to be stressed.

An astray thought: Poles should know about it well. For obvious reasons, most scholars of Slavic languages and cultures worldwide (and especially in the West) start their journey with Russian (I personally would recommend Russian over Polish to any foreign learner who has no special reasons/prior preference), and in the process, many of them acquire through a kind of osmosis, internalise  and  hold as their own, the Russian views on Eastern European history, politics and culture, many of which (the views) smell to us as neo-imperialist and plain dangerous. Sorry for that digression, I guess the bottom line is: if you want to learn about the Pashtuns, ask them themselves, not people they have had a troubled realationship with.

Was “Soviet” Soviet enough?

While reading Andrzej Pisowicz’s excellent grammar of Armenian, I came across an interesting bit of info:

Apparently when Soviet Armenia came to existence, an issue of how to name it arose. As Russian word совет [sovet] means literally ‘advice; council’  a logical and  obvious option would be to take its Armenian equivalent խորհուրդ [khorurt] and form an adjectival form from that (it would be խորհրդաին  [khorertayin]). Thus, “Soviet Armenia” would translate to “Խորհրդաին Հայաստան” [khorertayin hayastan].

Logical and obvious it was, but only from diaspora Armenians who always used the name.  Apparently, the Soviet Armenia’s authorities didn’t like the word խորհրդաին [khorertayin] presumably it was too local-sounding or maybe had an unwelcome ‘bourgeois’ flavor, and insisted on using an ugly calque սովետական [sovetakan]. It was only in the aftermath of the 1965’s manifestations when the republic’s official name was changed from Սովետական Հայաստան [sovetakan hayastan] to Խորհրդաին Հայաստան [khorertayin hayastan].

Now, the reason the above tidbit seemed worthwhile to me is that in Polish just like in Armenia the adjective “Sovet” has had two different forms: a slave-translated one ie. “sowiecki” and a native one ie. “radziecki”. The interesting thing is that their “political value” was just the opposite of the Armenian forms. In Poland it was the calque “sowiecki” that was banned by the communists because it sounded (and still does) derogatory. It is used mainly by the anti-communists. The official and favoured term was “radziecki”.